.

Przerwana kwarantanna

Przerwana kwarantanna

Z DANUTĄ KASPRZYK, właścicielką Niepublicznego Tęczowego Przedszkola i Żłobka, które od 7 lat działającego w Niegowici – o czarnym scenariuszu, który się nie spełnił.

– Na początku września o przedszkolu w Niegowici zrobiło się głośno za sprawą koronawirusa. Kwarantanna, testy, zamknięta placówka…

– No, nie tak dokładnie. Owszem, życie pisze czasem czarne scenariusze i przeżyliśmy chwile grozy, gdy okazało się, że jedno z naszych podopiecznych dzieci ma pozytywny wynik testu. Przyznam się, że wpadłam w panikę i – żeby nikogo nie narazić – zdecydowałam o zamknięciu przedszkola i żłobka. Do północy dzwoniliśmy do rodziców powiadamiając ich, że placówka będzie nieczynna. A musieliśmy wykonać kilkadziesiąt telefonów, bo mamy 59 przedszkolaków i 23 maluchów w żłobku. To już był początek września, a wznowiliśmy pracę po przerwie spowodowanej pandemią 11 maja i do tego czasu prawie wszystkie dzieci stopniowo do nas wróciły. Potem, po konsultacji z sanepidem okazało się, że wystarczy wyłączyć tylko jedną grupę.

– I tak zrobiliście?

– Tak, kwarantannie poddano dzieci z tej jednej grupy i dwoje wychowawców. Reszta mogła przychodzić na zajęcia. Oczywiście szanowaliśmy decyzje rodziców – niektórzy obawiali się przyprowadzać pociechy. Przy przedszkolu ustawiono specjalny namiot, w którym pobierano próbki do testów – rodzice nie musieli nigdzie jeździć na badania. To był piątek, a wyniki mieliśmy już w sobotę. Na szczęście wszystkie były ujemne, kwarantannę przerwano i można było normalnie funkcjonować.

– Ta normalność chyba jest względna, bo koronawirus nie rezygnuje…

– Niestety. Ale dzieci u nas tego nie odczuwają. W placówce są bez maseczek, a to najbardziej by im przeszkadzało. Zachowujemy wszystkie normy sanitarne, a nawet więcej. Nie chcąc ryzykować, mierzymy każdemu dziecku temperaturę przed wejściem, w obecności mamy czy taty. Rodzicom nie wolno wchodzić do przedszkola – dzwonią do drzwi i przejmujemy dziecko. A jak dzwonią, to mają zdezynfekowane ręce, żeby nie zakazić dzwonka… Już się do tego przyzwyczaili.

– Nie narzekają?

– Nie, nawet jeśli mają inne zdanie na temat epidemii, stosują się do naszych zaleceń, bo wiedzą, że chodzi o bezpieczeństwo ich dzieci. Zresztą współpraca z rodzicami układa się świetnie. Jestem im bardzo wdzięczna m.in. za to, że na początku pandemii, kiedy przedszkole musiało być zamknięte, wspierali nas finansowo, chociaż wcale nie musieli tego robić. Liczył się każdy grosz, chodziło o to, żeby utrzymać miejsca pracy. A zatrudniam 16 osób… Dzięki jednej z mam, specjaliści z Instytutu Pediatrii dodawali nam w najtrudniejszym momencie otuchy, pocieszając, że dzieci nie tak łatwo się zarażają. Okazało się, że mieli rację. Jeszcze raz za to wszystko serdecznie dziękuję.

– A jak wygląda życie przedszkolaków w tej chwili?

– Tak jak wspomniałam – zwyczajnie. Za zgodą rodziców i z zachowaniem wszelkich wymogów sanitarnych organizujemy zajęcia dodatkowe, wycieczki, spotkania. Ostatnio byliśmy w lesie na Chrostowej, w październiku wybieramy się do Czasławia, gdzie w gospodarstwie agroturystycznym dzieciaki dowiedzą się podczas warsztatów wszystkiego o ziemniakach, kontynuujemy też comiesięczne wyjazdy do tężni solankowej w Wieliczce, a najmłodsi zaliczą zabawę w gdowskim „Kulkolandzie”. Podczas tych wycieczek zawsze jesteśmy sami, dbamy o to, by dzieci nie kontaktowały się z nikim z zewnątrz.

Rozmawiała Barbara Rotter-Stankiewicz